Ostatni dzień roku – Katarzyna Misiołek

Ostatni dzień roku

 

Autor: Katarzyna Misiołek   

Wydawnictwo: Muza

Rok wydania: 2015 

 
Jak ciężko żyć tym, co zostali…”
Podczas lektury „Ostatniego dnia roku” cały czas nasuwał mi się ten fragment tekstu piosenki „Budki suflera”. Wprawdzie „Czas ołowiu” mówi o śmierci, nie o zaginięciu, ale przesłanie pozostaje to samo – ci, co zostali, muszą na nowo uczyć się żyć, uporać się z bólem, pogodzić ze stratą.
     W przypadku zaginięcia jest to jeszcze trudniejsze niż w przypadku śmierci. Śmierć oznacza kres, koniec jakieś etapu także dla bliskich, którzy po krótszym lub dłuższym okresie żałoby godzą się z nieuchronnością tego stanu. Ból powoli zamienia się w słodko-gorzkie wspomnienia, pozwalając na zamknięcie tego, co bezpowrotnie minęło.
     Zupełnie inaczej odbiera się zaginięcie. Tutaj nie ma miejsca na zapomnienie, na zamknięcie etapu żałoby, na wyciszenie bólu. Ból ten bowiem nigdy nie mija, podsycany każdego dnia bezrozumną nadzieją, że zaginiona osoba się odnajdzie, a szarpiąca duszę niepewność nie daje nawet chwili oddechu, powoli zamieniając życie w piekło.
Nieraz zastanawiałam się, kto właściwie bardziej cierpi w przypadku uprowadzenia. Czy osoba porwana, czy może ci, co zostali i każdy dzień zaczynają od myśli: „Dzisiaj na pewno się odnajdzie”, a potem kończą go czynionymi sobie wyrzutami, że za mało zrobili, za mało poświęcili, za mało bólu odczuli? Wszystkiego za mało i wszystkiego za dużo. Za dużo dobrego samopoczucia, za dużo uśmiechu, za dużo myślenia o czymś innym. I zaczynają się karać za te wszystkie „za mało” i „za dużo” w irracjonalnym przeświadczeniu, że tym sposobem zdołają zakląć los, przeciągnąć go na swoją stronę.
Tak właśnie czyni Magda, bohaterka „Ostatniego dnia roku” Kasi Misiołek, gdy po zaginięciu starszej siostry usiłuje ułożyć nowe życie z okruchów starego. A jednocześnie robi wszystko, byzrujnować je do reszty, dręczona absurdalnym, lecz jakże ludzkim poczuciem winy, że ona jest, żyje i miewa się dobrze, podczas gdy Monika zniknęła.
Poczułam pragnienie i jednocześnie jakiś wewnętrzny bunt. Pomyślałam, że nie potrafię, nie dam rady. Nie teraz, jeszcze nie. Czy mogłabym zatracić się w miłosnym uniesieniu, podczas gdy Monika…”
Dziewczyna, widząc bezskuteczność policyjnych działań, podejmuje desperackie próby odnalezienie siostry na własną rękę. Ima się wszelkich sposobów, a jednocześnie cały czas gnębi ją przeświadczenie, że nie wyczerpała wszystkich możliwości, że mogła zrobić więcej. Ciągłe poczucie winy coraz częściej skłania ją do działań oddzielonych zaledwie wąziutką granicą od autodestrukcji.
Pomyślałam, że właściwie całkiem mi się to podoba – czułam się zeszmacona i było mi z tym dobrze. Zupełnie jakby złe, mętne, cuchnące jak przepełnione szambo uczucia sprawiały mi jakąś chorą wręcz namacalną przyjemność.”
Podczas czytania tej książki zastanawiałam się, czy widzowie, tak chętnie oglądający programy typu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, choć raz pomyśleli o tym, jaki ogrom cierpienia kryje się za podawanymi tam faktami?
      Kasi Misiołek udało się przełożyć to cierpienie na język zrozumiały dla każdego, kto posiada bodaj odrobinę empatii. Jej powieść to nie ckliwy romans zakończony sakramentalnym „I żyli długo i szczęśliwie”, lecz przerażająco trafne studium cierpienia osób nieumiejących pogodzić się z własną bezradnością.
      Realistyczne aż do bólu są te obrazy walki bohaterów z przeciwnikiem, którego nie sposób ani nazwać, ani nawet zobaczyć. Można jedynie czuć go w sobie i nienawidzić całą duszą. To bezsilność.
Ostatni dzień roku” nie jest lekturą dla czytelnika złaknionego banalnych, odprężających historyjek. To wyższa szkoła jazdy, wymagająca czegoś więcej niż tylko umiejętności czytania bez prób zastanowienia się nad przyswajaną treścią.
      Podejmując tę tematykę, autorka postawiła przed sobą wyjątkowo trudne zadanie, nie każdy bowiem potrafi aż tak głęboko wniknąć w ludzką psychikę, by móc wiarygodnie o tym napisać.
     Kasi udało się to doskonale. Historia zaginięcia Moniki przedstawiona została nie dość, że wiarygodnie, to jeszcze ciekawie i lekkim piórem. Nie ma tu „męczliwych” dłużyzn, niepotrzebnych opisów czy prowadzących donikąd wątków. Każde słowo zostało użyte w jakimś konkretnym celu, a nie wyłącznie po to, by zwiększyć objętość książki.
     Co równie ważne, cały ogrom emocji został przedstawiony bez używania wielkich słów, za którymi bardzo często kryje się wyłącznie pustka. Tu wielkich słów nie ma. Są tylko te zwyczajne, codzienne, przez co tym mocniej przeżywa się dramat bohaterów. I dzięki nim można poczuć, „jak ciężko żyć tym, co zostali…”

Leave a Reply